The Cure Trilogy - Live In Berlin 2002 DVDRip

File : 984 MB (984 MB), duration: 2:01:00, type: AVI, 1 audio stream(s), quality: 53 %
Video : 874 MB, 1010 Kbps, 25.0 fps, 600*400 (4:3), DX50 = DivXNetworks Divx v5, Supported
Audio : 110 MB, 128 Kbps, 44100 Hz, 2 channels, 0x55 = MPEG Layer-3, Supported
1. 100 Years
2. A Short Term Effect
3. The Hanging Garden
4. Siamese Twins
5. The Figurehead
6. A Strange Day
7. Cold
8. Pornography
9. Plainsong
10. Pictures Of You
11. Closedown
12. Lovesong
13. Last Dance
14. Lullaby
15. Fascination Street
16. Prayers For Rain
17. The Same Deep Water As You
18. Disintegration
19. Homesick
20. Untitled

File : 984 MB (984 MB), duration: 2:01:00, type: AVI, 1 audio stream(s), quality: 53 %
Video : 874 MB, 1010 Kbps, 25.0 fps, 600*400 (4:3), DX50 = DivXNetworks Divx v5, Supported
Audio : 110 MB, 128 Kbps, 44100 Hz, 2 channels, 0x55 = MPEG Layer-3, Supported
1. 100 Years
2. A Short Term Effect
3. The Hanging Garden
4. Siamese Twins
5. The Figurehead
6. A Strange Day
7. Cold
8. Pornography
9. Plainsong
10. Pictures Of You
11. Closedown
12. Lovesong
13. Last Dance
14. Lullaby
15. Fascination Street
16. Prayers For Rain
17. The Same Deep Water As You
18. Disintegration
19. Homesick
20. Untitled
Cytat
Magiczna podróż w czasie
Wydawać by się mogło, że będzie to zupełnie zwykły koncert (o ile koncert The Cure może być zwykły), bo przecież o żadnym zaskoczeniu nie było mowy. Setlisty zostały przedstawione bardzo jasno – po prostu zagrane w całości trzy albumy zespołu Smitha: „Pornography” (1982), „Disintegration” (1989) i „Bloodflowers” (2000). Robert twierdzi, że te płyty bardzo wiele łączy. Poza tym, są to bardzo charakterystyczne wydawnictwa w dyskografii grupy. Czy wybór akurat tych krążków był słuszny? Podejrzewam, że wielu fanów ma do dziś pretensje o pominięcie albumu „Faith”.
Moja ocena nie będzie obiektywna, gdyż fanem The Cure jestem od wielu lat. Coś niesamowitego sprawiło jednak, że był to jeden z najlepszych koncertów, jakie ostatnio widziałem. To coś to nastrój, który muzycy potrafili zbudować podczas swojej podróży w przeszłość. Ostry, momentami zwierzęcy (podczas wykonywania utworów z „Pornography”), dostojny i podniosły w przypadku kawałków z „Disintegration” i „Bloodflowers”. Piękna gra świateł, którą znamy z trasy Draem Tour, idealne przygotowanie każdego utworu i mistrzowskie wykonanie – te elementy sprawiły, że występ pozostanie na długo w mojej pamięci. Warto również wspomnieć o reżyserze tego koncertu. Nie był nim Tim Pope, lecz Nick Wickham. Trzeba przyznać, że wykonał bardzo dobrą robotę i występ ten, również dzięki niemu, dużo zyskał. Pojawiło się wiele ciekawych, wizualnych efektów, które przyciągają widza. Od ostatniego wydawnictwa wideo, jakim był „Show”, „Trilogy” okazało się znacznie lepsze.
Wydawać by się mogło, że będzie to zupełnie zwykły koncert (o ile koncert The Cure może być zwykły), bo przecież o żadnym zaskoczeniu nie było mowy. Setlisty zostały przedstawione bardzo jasno – po prostu zagrane w całości trzy albumy zespołu Smitha: „Pornography” (1982), „Disintegration” (1989) i „Bloodflowers” (2000). Robert twierdzi, że te płyty bardzo wiele łączy. Poza tym, są to bardzo charakterystyczne wydawnictwa w dyskografii grupy. Czy wybór akurat tych krążków był słuszny? Podejrzewam, że wielu fanów ma do dziś pretensje o pominięcie albumu „Faith”.
Moja ocena nie będzie obiektywna, gdyż fanem The Cure jestem od wielu lat. Coś niesamowitego sprawiło jednak, że był to jeden z najlepszych koncertów, jakie ostatnio widziałem. To coś to nastrój, który muzycy potrafili zbudować podczas swojej podróży w przeszłość. Ostry, momentami zwierzęcy (podczas wykonywania utworów z „Pornography”), dostojny i podniosły w przypadku kawałków z „Disintegration” i „Bloodflowers”. Piękna gra świateł, którą znamy z trasy Draem Tour, idealne przygotowanie każdego utworu i mistrzowskie wykonanie – te elementy sprawiły, że występ pozostanie na długo w mojej pamięci. Warto również wspomnieć o reżyserze tego koncertu. Nie był nim Tim Pope, lecz Nick Wickham. Trzeba przyznać, że wykonał bardzo dobrą robotę i występ ten, również dzięki niemu, dużo zyskał. Pojawiło się wiele ciekawych, wizualnych efektów, które przyciągają widza. Od ostatniego wydawnictwa wideo, jakim był „Show”, „Trilogy” okazało się znacznie lepsze.
Cytat
Akt I – „Pornography”
Chciałoby się powiedzieć: Welcome in 1982. Gdy po raz pierwszy słuchałem tej części, od razu poraziło mnie to, z jaką werwą panowie zabrali się do wykonywania utworów. Rzucający się po scenie ze swoim basem Simon Gallup nie tylko z fryzury przypomina tego zbuntowanego dwudziestodwulatka z trasy Fourteen Explicit Moments. Jest to set, na który najbardziej liczyłem i nie zawiodłem się. Moją uwagę już na samym początku przykuł demoniczny i złowrogi „One Hundred Years”. Następnie „The Hanging Garden” – utwór wykonywany rzadko, przez co z miejsca staje się perełką. „Strange Days” – bez wątpienia jeden z większych faworytów wśród piosenek The Cure w ogóle, dodatkowo okraszony ciekawymi efektami wizualnymi. Zwolniony, pocięty obraz, nadaje muzyce naprawdę psychodeliczny i odjechany efekt. „Cold” – od razu przypominam sobie występ w Katowicach. Po prostu perkusja, klawisze, bas no i ten przeszywający głos, który jest jak lód w moim sercu. Doskonały przedsmak czekającego nas niebawem finału. Uczucie strachu, niepewności zostaje spotęgowane ostrym kopniakiem w postaci „Pornography”, które wykonane zostało w sposób mocny i surowy. I znów kolejny ciekawy pomysł wizualny w postaci popsutego telewizora. W tej części koncertu uwagę zwracają efekty używane przez muzyków. Sprawiają one, że dobrze znane piosenki nabierają świeżości. Smith podczas tego seta nie odezwał się ani słowem do publiczności, tylko na samym końcu rzucił: Do zobaczenia za siedem lat!
Akt II – „Disintegration”
To dla bardzo wielu fanów album-Biblia, jedno z najbardziej osobistych dokonań Smitha. Emocje sięgają tu zenitu; od bardzo spokojnych, melancholijnych „Plainsong” i „The Same Deep Water As You”, do drapieżnych i ostrych „Fascination Street” oraz „Disintegration”. Już na samym początku poraża potęga geniuszu The Cure – „Plainsong” – potężne, dostojne dźwięki syntezatorów w połączeniu z melodiami wygrywanymi na basie. Dodatkowo pojawił się miły polski akcent w postaci flagi, powiewającej wśród publiczności. Podczas tego seta napięcie wzrosło do granic wytrzymałości. Fajnym motywem w „Lullaby” był powtarzający się, zniekształcony wokal. Słuchając „Prayers For Rain” zadawałem sobie pytanie, czy Smith jest w stanie wyciągnąć „Rain” jak za czasów swojej świetności. Cholera, znów trwało to kilkanaście sekund, a mrówki jak oszalałe łaziły po moich plecach.
„Disintegration” – moc z jaką Robert snuje opowieść naprawdę powala. Tekst został wprost cudownie wywrzeszczany. Błędnym byłoby jednak stwierdzenie, że jedynym mistrzem ceremonii był tamtego wieczora Smith. Klasą sam dla siebie okazał się Gallup, który gra bardzo prosto i żywiołowo. To właśnie on dodaje dynamiki, a jego szaleńcze tańce urozmaicają widowisko, gdyż reszta zespołu prezentuje się raczej statycznie. O'Donnell to naprawdę świetny muzyk i zarazem najlepszy klawiszowiec, jaki grał w The Cure. Cooper nabrał dużo pewności siebie od czasu „Wild Mood Swings” i z godnością przejął schedę, którą pozostawił mu Boris Williams. Perry Bamonte może nie jest wirtuozem gitary, jakim był Porl Thompson, ale bardzo sumiennie wykonuje zadania, powierzane mu przez Smitha.
Chciałoby się powiedzieć: Welcome in 1982. Gdy po raz pierwszy słuchałem tej części, od razu poraziło mnie to, z jaką werwą panowie zabrali się do wykonywania utworów. Rzucający się po scenie ze swoim basem Simon Gallup nie tylko z fryzury przypomina tego zbuntowanego dwudziestodwulatka z trasy Fourteen Explicit Moments. Jest to set, na który najbardziej liczyłem i nie zawiodłem się. Moją uwagę już na samym początku przykuł demoniczny i złowrogi „One Hundred Years”. Następnie „The Hanging Garden” – utwór wykonywany rzadko, przez co z miejsca staje się perełką. „Strange Days” – bez wątpienia jeden z większych faworytów wśród piosenek The Cure w ogóle, dodatkowo okraszony ciekawymi efektami wizualnymi. Zwolniony, pocięty obraz, nadaje muzyce naprawdę psychodeliczny i odjechany efekt. „Cold” – od razu przypominam sobie występ w Katowicach. Po prostu perkusja, klawisze, bas no i ten przeszywający głos, który jest jak lód w moim sercu. Doskonały przedsmak czekającego nas niebawem finału. Uczucie strachu, niepewności zostaje spotęgowane ostrym kopniakiem w postaci „Pornography”, które wykonane zostało w sposób mocny i surowy. I znów kolejny ciekawy pomysł wizualny w postaci popsutego telewizora. W tej części koncertu uwagę zwracają efekty używane przez muzyków. Sprawiają one, że dobrze znane piosenki nabierają świeżości. Smith podczas tego seta nie odezwał się ani słowem do publiczności, tylko na samym końcu rzucił: Do zobaczenia za siedem lat!
Akt II – „Disintegration”
To dla bardzo wielu fanów album-Biblia, jedno z najbardziej osobistych dokonań Smitha. Emocje sięgają tu zenitu; od bardzo spokojnych, melancholijnych „Plainsong” i „The Same Deep Water As You”, do drapieżnych i ostrych „Fascination Street” oraz „Disintegration”. Już na samym początku poraża potęga geniuszu The Cure – „Plainsong” – potężne, dostojne dźwięki syntezatorów w połączeniu z melodiami wygrywanymi na basie. Dodatkowo pojawił się miły polski akcent w postaci flagi, powiewającej wśród publiczności. Podczas tego seta napięcie wzrosło do granic wytrzymałości. Fajnym motywem w „Lullaby” był powtarzający się, zniekształcony wokal. Słuchając „Prayers For Rain” zadawałem sobie pytanie, czy Smith jest w stanie wyciągnąć „Rain” jak za czasów swojej świetności. Cholera, znów trwało to kilkanaście sekund, a mrówki jak oszalałe łaziły po moich plecach.
„Disintegration” – moc z jaką Robert snuje opowieść naprawdę powala. Tekst został wprost cudownie wywrzeszczany. Błędnym byłoby jednak stwierdzenie, że jedynym mistrzem ceremonii był tamtego wieczora Smith. Klasą sam dla siebie okazał się Gallup, który gra bardzo prosto i żywiołowo. To właśnie on dodaje dynamiki, a jego szaleńcze tańce urozmaicają widowisko, gdyż reszta zespołu prezentuje się raczej statycznie. O'Donnell to naprawdę świetny muzyk i zarazem najlepszy klawiszowiec, jaki grał w The Cure. Cooper nabrał dużo pewności siebie od czasu „Wild Mood Swings” i z godnością przejął schedę, którą pozostawił mu Boris Williams. Perry Bamonte może nie jest wirtuozem gitary, jakim był Porl Thompson, ale bardzo sumiennie wykonuje zadania, powierzane mu przez Smitha.
PS.: Aktu III niestety nie posiadam.
sample:
lub


lub


Logowanie
Rejestracja
Pomoc
wszelkie inne formy są traktowane jako zaśmiecanie forum i beda usuwane.



Cytuj
